Heja – poweekendowe narzekania… ze nadciagnelam miesien szyi i barku w Sobote rano i caly dzien mialam spalony, mimo ze zaszlismy na moje ulobione targowisko w downtown – Findley Market na sniadanie i zakupy przyprawowo-miesne, bo nie moglam nawet ruszac glowa – jak taka sparalizowana. W Niedziele szykowalam pokoj goscinny (cos nowego w naszym domu!) na przyjazd znajomego Williama, przeprowadzalismy sie do nowej sypialni, ogolne i bardzo generalne sprzatanie (z bolem w barku i szyi – nadal) i ogolnie duzo zamieszania – nie wytknelam nosa z domu oprocz spaceru z psami o 8:30pm wieczorem. Ach – tak mi sie marzy delikatne winko i lekki szumik w glowie z Wami!!! No – ale do lata!! ;-))
Dzisiaj wioze dzisiaj Zoe na volleyball tryouts na 7:00pm do jej szkoly, Gunner tez jedzie, bo William ma business dinner, wiec gram role „not-so-wicked” step-mom…. Mysle ze pod czwartek bede mogla odetchnac.
Jak goni Was zycie? To codzienne, kochane, to codzienne? Dzieciaczki zdrowe, noski nieprzemarzniete? Dajcie cynka. ;-)
Love & Peace,
Maggie